wtorek, 27 września 2011

Jak zdenerwować męża

Uczę się jeździć samochodem.
To znaczy umiem, ale wczoraj odebrałam prawo jazdy i przesiadłam się z małej czułej toyoty do zielonego kombi o wrażliwości czołgu. Albo upartego muła ;) Wiadomo, każdy samochód jest inny i zawsze człowiek musi się trochę przestawić. Sęk w tym, czy mam to robić sama, czy w towarzystwie małżonka.

Od razu, gdy zdałam egzamin, małżonek zaproponował mi wspólne jazdy, żebym się trochę oswoiła z samochodem. Zgodziłam się ochoczo, ponieważ na myśl o wyruszeniu w drogę bez drugiego hamulca i sprzęgła odczuwałam lekki niepokój. Z służącym radą mężem u boku zawsze byłoby raźniej.
Jerzykowa ciocia od rehabilitacji trochę ostudziła mój entuzjazm.
- Zobaczy pani, że z mężem tylko się człowiek denerwuje. I mąż się denerwuje, i pani się zdenerwuje. Trzeba się przełamać i spróbować samemu.
Po dwóch wspólnych przejażdżkach dojrzewam do samodzielnej jazdy. I jestem skłonna przyznać rację Jerzykowej cioci.
Po pierwsze Marek cierpi, gdy w nieodpowiedni sposób traktuję samochód, np. za późno zmienię bieg czy wjadę w jakąś dziurę. Mimo że wie, iż to moje pierwsze chwile w czołgu. Swe cierpienie wyraża w sposób spontaniczny na głos.
Po drugie chwilami daje mi takie rady, jakby chciał mnie nauczyć jazdy w stylu pewnej pani z mojego rodzinnego miasta. Kobieta ma stałe trasy opracowane w ten sposób, żeby nigdy nie skręcać w lewo. Teraz nie wiem, czy to, co mi doradza, jest warte uwagi, czy przemawia przez niego chęć, by mnie chronić ;)
Po trzecie siedząc na fotelu pasażera, wykonuje nogami ruchy, jakby wciskał sprzęgło i hamował, wtedy gdy, jego zdaniem, powinnam to zrobić. Są to odruchy niekontrolowane. Bez komentarza ;)
Po czwarte bardzo mi podpadł na skrzyżowaniu, przez które mogłam spokojnie przejechać, lecz on powstrzymał mnie dramatycznym okrzykiem:
- Nie jedź!
Po sekundzie zmienił jednak zdanie, co wyraził gromkim:
- Jedź!
Ale było już za późno. Powstrzymałam się więc i przeczekałam jedną zmianę świateł. Po czym poprosiłam o uwagi tylko i wyłącznie wtedy, gdy miałabym kogoś zabić.
Wszystko to przyspiesza moją decyzję. I myślę sobie, że tak jest ze wszystkim, czego człowiek chce się naprawdę dobrze nauczyć. W pewnym momencie, po opanowaniu wszelkich reguł ma się rozumieć, musi podziękować swoim nauczycielom, skoczyć na głęboką wodę... i rozbujać się samemu.
Ostatnio widziałam, jak pewna mama usiłowała włożyć do fotelika samochodowego kilkunastomiesięczne dziecko. Dziecię utrudniało jej tę czynność prężąc się, kopiąc i drąc wniebogłosy, też growlingiem:
- Siama!!! Siama!!!
To ja teraz też chcę "siama" :)

2 komentarze:

  1. a jak ja bym chciała.. przysyłaj te papiry i biorę się do roboty ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. bierz się bierz, wiesz jak mi teraz dobrze? ;) oprócz tych kilku nerwowych sytuacji, które wybaczam ;P jest SUPER :D

    OdpowiedzUsuń