środa, 19 września 2012

Dziecioterapia

Jakby człowiek był bezdzietny, to by sobie był, jaki jest, i wcale by się tym nie przejmował. Nie zastanawiałby się, na co traci (jak spędza, wersja dla aktywnych) czas. Zmieniałby się trochę albo nie, rozwijałby się albo nie, docierałby się z mężem albo by sobie odpuszczał. Wszystko zależnie od potrzeb tego kogoś. A dzietny nie ma wyboru. Musi się zmieniać.
Po pierwsze - czas mu płynie inaczej. Trzeba się w tej rwącej rzece na nowo odnaleźć. Nie jest to proste, a czasem wydaje się prawie niemożliwe, jak tu.
Po drugie - dziecko rozwija się szybko i za zmianami tymi należy nadążać, jak np. tu.
A po trzecie to jest cała dziecioterapia.
Są różne terapie: choreo-, arte-, ludo-, śmiecho-, bajko- itd. I do tej listy dopisuję dziecioterapię.
Główna zasada dziecioterapii głosi, że jeśli masz z czymś problem, to twoje dziecko pomoże ci go dostrzec i zmotywuje do przepracowania go. Czyli skonfrontuje cię z problemem, sprawi, że go dostrzeżesz i nie będziesz mógł o nim zapomnieć. I po prostu będziesz musiał coś zmienić (efekt terapeutyczny - zmiana), bo inaczej... inaczej ucierpi twoje dziecko. Ucierpi w mniejszym lub większym stopniu, może odczuje tylko dyskomfort, zależnie od wagi problemu.
Dziecioterapia dotyka wszelkich aspektów życia.
Od leżącej na podłodze łyżki, którą mój syn odkłada do szuflady. Bo ja niestety jestem bałaganiarą, choć bardzo lubię porządek, a Jerzyk już kilkakrotnie dawał mi do zrozumienia, że lubi, gdy rzeczy mają swoje miejsce.
Przez stare przekonania, które muszę odrzucić, by wejść w relację z moim synem. Jak na przykład natrętna myśl, która mi się pojawiała, gdy mały Jerzyk płakał lub robił coś nie po mojej myśli: on to robi złośliwie. Myśl, którą na poziomie racjonalnym odrzucałam, wiedziałam, że jest nieprawdziwa. A jednak ona wychodziła ze mnie i za każdym razem musiałam sobie powtarzać, że to jego rozpacz, frustracja, złość, ale nie są one wymierzone we mnie. Nie robi tego przeciwko mnie. Przeciwnie, woła o pomoc. Po jakimś czasie myśl odeszła i mogłam bardziej być przy Jerzyku także w trudnych momentach.
Aż po organizację czasu. Jak mogę wymagać od mojego synka, żeby rano radośnie wstawał, a wieczorem chętnie kładł się spać, gdy sama mieszam dzień i noc? Gdy sama, mimo zmęczenia, wyszukuję sobie zajęcia (Internet pomaga), żeby tylko nie pójść spać. Z tym zmagamy się teraz i nie jest łatwo, bo to mój niepoukładany tryb życia od lat. Kiedyś uchodził na sucho, w studenckich czasach zarwane nocki nie były niczym szczególnym ani wybijającym z rytmu. Teraz niestety jest inaczej. I jeszcze odbija się to na jakości mojego kontaktu z Jerzem, gdy jadę na kawie, a najchętniej zwinęłabym się w kłębek i poszła spać...
Dziecioterapia nigdy się nie kończy. Bo wciąż zmienia się relacja, sytuacja w rodzinie, powstają nowe problemy, ujawniają się nowe rany do wyleczenia.
Dziecioterapia ma w sobie ogromną motywującą siłę. Bo chcę to zmienić dla dobra dziecka. Chcę to zmienić dla siebie, by być lepszym (wciąż wystarczająco dobrym) rodzicem. I chcę być bardziej zintegrowaną osobą. Bo tylko tak nauczę moje dziecko, co znaczy być zintegrowanym. Inaczej przecież się nie da.

17 komentarzy:

  1. Świetnie ujęte. Ja jestem lepszym człowiekiem, lepszym nauczycielem odkąd mam dzieci. Nie chodzę tyle do kina co kiedyś, nie czytam tyle co kiedyś, nie mam tylu znajomych (pewne przyjaźnie dzieci zweryfikowały), ale ilość czasu, który np. mam dla siebie przekuwam w jakość. Duch nie lubi próżni, a ja nie mam czasu na lenistwo odkąd mam Ich. I tak jest dobrze. Jestem genialnie zorganizowana na przykład. Jak nigdy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że ilość czasu przekuwa się w jakość. Też tak mam - na ogół, bo czasem zdarzy mi się wolny czas tracić bez sensu, choć może to też rodzaj odpoczynku. Z moją organizacją różnie bywa, ale doświadczyliśmy z mężem, że więcej obowiązków sprzyja organizacji ;) Podziwiam genialną organizację. Też bym tak chciała ;)

      Usuń
  2. jakie to szczęście, że to WIDZISZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czasem wolałby człowiek pewnych spraw nie widzieć ;) jednak zamiatanie pod dywan to coś, czego nie lubię bardzo

      Usuń
  3. witaj,
    jeśli podoba Ci się notes w okładce, napisz do mnie mojemalerekodzielo.gmail.com.

    pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurcze cóż za odkrycie:) Też przechodzę przez dziecioterapię, ale nie odkryłam tego tak dosadnie:) To racja, że zmieniamy się pod wieloma aspektami. Dla mnie pierwszą namacalną zmianą było niereformowalne wcześniej nocne rycie się i zwalanie z łóżka współtowarzyszących;) W pierwszą noc po urodzeniu dziecka nie poruszyłam się obok niego na milimetr...A potem to już tak hurtowo-reszta. Czasem tylko zadaję sobie pytanie- ile będą trwać te zmiany? Przecież kiedyś w końcu dzieci pójdą na swoje", a my zostaniemy sobie...bez konieczności superorganizacji czasu i przesypiania nocek:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie tylko rodzice są dani dzieciom, by je czegoś nauczyć, ale i dzieci są dane rodzicom, by ich czegoś nauczyć ;) A kiedy dzieci pójdą na swoje zostanie superdojrzała, zorganizowana, wypoczęta Włóczykijka, która będzie mogła skierować swoją energię w nową stronę ;) Albo wybierze się wreszcie w podróż dookoła świata z jednym plecakiem ;)

      Usuń
    2. a co odkrycia, to nie wiem, czy takie odkrywcze - właśnie dziś przeczytałam w fajnej książce tę samą myśl ubraną w inne słowa. idee krążą ;)

      Usuń
    3. To, że dzieci wiele nas uczą, to pewne...W ogóle ci którzy są najbliżej nas, ja mnóstwo rzeczy nauczyłam się też od mojego męża, choć w życiu bym się tego po nim nie spodziewała;) A co do sielankowej mej przyszłości, to jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić;)

      Usuń
    4. Mężoterapia to podstawa ;)
      no dobra, to nie wyobrażaj sobie i bądź w tu i teraz :)

      Usuń
  5. Ja z jednej strony czuję się niesamowicie zmotywowana. Samodoskonalenie zawsze mnie bawiło. Teraz tym bardziej. Ale... Odczuwam też gryzącą presję. Bo tak, Igi pokazuje, co nie gra. Potrafi poruszyć dokladnie te struni, których tykać nie powinien. To boli. I czasem mnie przerasta. Co będzie, jeśli się z tym problemem nie uporam? Dokładnie, jak napisałaś. Ucierpi dziecko. Dla mnie to duży ciężar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałam, żeby to zabrzmiało obciążająco.
      Bardzo Ci zależy, by być dobrą mamą i by Twoje dziecko nie było obciążone z powodu Twoich wewnętrznych problemów...
      Presja i wybieganie w przyszłość - jutro będzie miało swoje problemy ale też swoje nieznane dziś sposoby, by sobie poradzić.
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. Wcale nie zabrzmiało to obciążająco, to wyłącznie moja własna refleksja. Może na dodatek nieco wyolbrzymiona. Twoja, z kolei, optymistyczna - dzięki :) mam szczerą nadzieję, że nie obarczę Młodego efektami swoich problemów w nadmiernym stopniu. Pracuję nadvtym. :)

      Usuń