czwartek, 2 lipca 2015

Żywioły

A więc jesteśmy tu! Po małych perypetiach budzimy w sypialni na piętrze, do której zaglądają brzozy. Oswajamy nowe miejsce. Stajemy się mistrzami w omijaniu pudełek i lokalizowaniu w nich tego, co potrzebne. I kocykujemy sobie na własnej trawie, z własnymi szyszkami uwierającymi w tyłek i mrówkami włażącymi do talerzy. I codziennie ze świeżo upolowaną myszką tuż przy drzwiach, bo nasza Rysia okazała się bardzo łowna.

Przywitały nas tu burze i wichury.
Lubię czas przed burzą, gdy wiatr już pędzi na nas czarną, ciężką chmurę. Chmura nadpływa, robi się coraz ciemniej i wietrzniej. Lubię do ostatniej chwili być na dworze i czekać na burzę. A jak przyszła do nas, zaczęła tak szarpać gałęzie modrzewi, że baliśmy się, że pozrywa druty elektryczne. Iskry się sypały, że hej! I nie mieliśmy prądu. Siedzieliśmy przy świeczce i czekaliśmy, aż się wyszaleje. Kilka innych porządnych burz zrywało się nad ranem albo w nocy. Przed dwa pierwsze dni tutaj Marek przed wyjazdem do pracy musiał odgarniać z drogi koło domu połamane gałęzie. A po tej wieczornej burzy z iskrami podcinał modrzewie.
Poczułam się bliżej rzeczywistości. Bo przecież burza naprawdę jest groźna (edit: w sierpniu na polach niedaleko nas w czasie burzy zginął mężczyzna...). I jej skutki są odczuwalne. Gdy mieszkałam w bloku, to doświadczenie było odcięte. To, co szalało za oknem, nie dotyczyło mnie tak naprawdę. Tak to przynajmniej odbierałam. Tu jest inaczej.
Żywioły zadbały o to, by pokazać nam, gdzie się znaleźliśmy. Byśmy poczuli różnicę. I trochę to przerażające, ale.... prawdziwe.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza